Kolejny poniedziałek... Po weekendzie ciężko się wraca do życia, no ale nie ma co narzekać. Najpierw praca, później obowiązki domowe, no i... chciało by się już dychnąć... ale w sumie daje o sobie znać lekka nadwaga i wisząca na lodówce kartka z planem treningów. Chciałoby się wziąć długopis i zaznaczyć kolejny "X" jako odbyty trening. No ale cóż, bez pracy (ciężkiej) efektów nima. No więc godzina męczarni i satysfakcja z realizacji planu. No i jakieś efekty już są. No to teraz kanapa... nieee, jeszcze nie. Obiecałeś sobie przecież, że konsekwentnie będziesz przerabiał kurs gitarowy który niedawno kupiłeś. Przecież chcesz wejść ze swoimi solówkami na wyższy poziom. Kolejna lekcja przerobiona, trochę ciezko to idzie bo przez te wszystkie lata grania pomimo posiadania już nawet dosyć niezłych umiejętności, pewne nieprawidłowe zagrywki weszły w nawyk no i teraz ciezko się ich oduczyć. No ale trzeba iść dalej. No i w końcu odpoczynek i miła niespodzianka. Żona upiekła ciasto z owocami leśnymi. Pyyycha. Dobranoc.
In His Name - "The Warning"
Jak już wcześniej pisałem moje zainteresowania muzyczne lawirują wokół muzyki rockowej, głównie tej cięższej - metalowej. Swoją przygodę z metalem zacząłem od płyty "Load" Metallic`i, a później moja droga powiodła mnie w gęste i mroczne lasy krajów skandynawskich. Warto tutaj wspomnieć o Dimmu Borgir i płycie "Enthrone Darkness Triumphant" w kórej się zakochałem. Po dziś dzień sentyment do black metalu pozostał. Nastrój już prawie jesienny więc jest klimat do tworzenia. I tak w zeszłym roku powstał projekt In His Name i utwór zapowiadający "The Warning" z historią zainspirowaną twórczością H.P. Lovecrafta. Podczas jesiennej aury chcę "zagęścić" ruchy i nagrać kolejne utwory. Szkice riffów już nagrane, więc myślę że kolejne utwory niebawem powstaną. Na tą chwilę przedstawiam Wam pierwszy i jedyny utwór In His Name - "The Warning".
Jeziorka Duszatyńskie
Pocztówka z zeszłorocznego wypadu w Bieszczady i spaceru do Jeziorek Duszatyńskich - miejsca w którym jeszcze nie byliśmy. Polecam każdemu. Szlak spacerowy, bardzo przyjemny - nie pamiętam dokładnie ale chyba z 5km w jedną stronę. Oczywiście z przygodami, bo na drodze do samego Duszatyna stanął nam zakaz wjazdu. No i problem... Samochodu w sumie nie ma gdzie zostawić, a iść z buta to trochę kawał drogi - jakieś 5km do początku szlaku i następne tyle do samych Jeziorek. Zapytaliśmy pewnego "lokalsa" który powiedział, że mamy olać ten zakaz i przejechać kilka razy przez rzekę bo jej stan jest niski. A w razie problemów powiedzieć, że jedziemy do "grubego" - podobno jakiś Leśniczy. No bo rzeczywiście w samym Duszatynie jest leśniczówka. Za namową Pana "lokalsa" ruszyliśmy przez rzekę i dotarliśmy. Na miejscu okazało się, że można tam normalnie dojechać od strony Komańczy, no ale cóż - my lubimy przygody. Piękna wieś, otoczona bujnym lasem. Gdzieś w tle leśniczówka, obok jakieś zabudowania, jest i knajpka. Niedaleko początku szlaku kilka namiotów. I tak ruszyliśmy w drogę. Trasa bardzo piękna, urozmaicona widokowo - jak to w Bieszczadach. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć.
Idąc wzdłuż rzeki po drodze mijamy piękny wodospad.
Przy końcu wędrówki między drzewami wyłania się jedno z jeziorek.
No i w końcu jeziorko duszatyńskie w pełnej okazałości.
Powiem szczerze - tutaj naprawdę czuć magię tego miejsca. Jeziorek jest kilka. Dolne i górne - które dzieli od siebie ok. 10 minut spaceru. Wrażenie robią powalone drzewa zatopione w wodzie.
Bieszczady i pożeganie lata
Żegnajcie Bieszczady...
Kilka fotek zrobionych podczas majówkowego wypadu na szlaku na Tarnicę. Nic jednak nie odda widoku tych rozpościerających się dziesiątki kilometrów gęstych i zaklętych lasów, bujnych połonin i majaczących gdzieś w oddali, majestatycznych szczytów. Lato się kończy a ja się cieszę bo nadchodzi najpiękniejsza (kiedyś znienawodzona przeze mnie) pora roku - jesień. Klimat i magia Bieszczadzkich kolorów, puste szlaki i te widoki... Szkoda, że dzień tak krótki.
I tak w tle Tarnica... i piękne połoniny.
Wedrówka z Ustrzyk Górnych i powrót do Wołosatego.
Więc zostawiam Was Biesy i Czady, na krótką chwilę - bo gdy nadejdzie jesień spotkamy się znowu.
Do zobaczenia...
Kilka fotek zrobionych podczas majówkowego wypadu na szlaku na Tarnicę. Nic jednak nie odda widoku tych rozpościerających się dziesiątki kilometrów gęstych i zaklętych lasów, bujnych połonin i majaczących gdzieś w oddali, majestatycznych szczytów. Lato się kończy a ja się cieszę bo nadchodzi najpiękniejsza (kiedyś znienawodzona przeze mnie) pora roku - jesień. Klimat i magia Bieszczadzkich kolorów, puste szlaki i te widoki... Szkoda, że dzień tak krótki.
I tak w tle Tarnica... i piękne połoniny.
Wedrówka z Ustrzyk Górnych i powrót do Wołosatego.
Więc zostawiam Was Biesy i Czady, na krótką chwilę - bo gdy nadejdzie jesień spotkamy się znowu.
Do zobaczenia...
Aura - "Iluzoryczny"
Aura - "Iluzoryczny"
Utwór opowiada o iluzji świata w którym żyjemy. Trudno nam być sobą, często musimy udawać...
Aura - "Iluzoryczny"
Mmm Ty do mnie, mówisz nieprzytomnie.
Za każdym razem niewyraźnie, słów Twoich nie odgadnę
Mmm gdzie jesteś, wśród szeptów wymieszanych z powietrzem.
Wydajesz się, że gdzieś blisko tak.
Czy wreszcie wskażesz mi szlak.
Czy wreszcie wskażesz mi szlak.
Mmm tak jestem, mimo że wolałabyś mnie przedtem.
Niewyraźnie rozumiem Twe słowa,
mojej błędy pod skrzydłami znów schowasz.
Mmm tak szybko musimy oswajać przyszłość.
Nie mam czasu być naprawdę sobą nie.
I chyba chciałbym byś stała obok mnie.
I tylko tego naprawdę dzisiaj chcę.
I nie mów mi że jest już za późno,
to wszystko jest tylko iluzją.
Łatwo zatracić się,
w iluzorycznym pustym, wielkim świecie.
Chodźmy stąd jak najdalej,
niech nie tęskni za nami świat wcale.
Znów mi czasu zabrakło,
odszukać siebie nie będzie łatwo.
Mmm ten dystans, gdzieś daleko odpłynęła przystań.
Nie słyszę swych myśli,
znów mi się przyśnisz.
I nie mów mi że jest już za późno,
to wszystko jest tylko iluzją.
Łatwo zatracić się,
w iluzorycznym pustym, wielkim świecie.
Aura - "Czas"
Aura - "Czas"
Utwór o przemijaniu, o ulotności chwil, o tęsknocie...
Aura - "Czas"
W oddali dom, słabych świateł blask.
Dawniej wracałem tu, nie raz.
Pod gwiazdami, sobie zapisani byliśmy...
I znowu czas dalej do przodu gna.
Już nie mam szans by go zatrzymać,
zamienić słowo, choć ten jeden raz.
Teraz tylko pusty dom i zardzewiałych wspomnień ślad,
rozpada się szybko, jak domek z kart.
Gasnące gwiazdy spadają szybko,
niosą wspomnienia w otchłań, w otchłań.
Aura - "Szepty nocy"
W końcu udało mi się ukończyć tekst do kolejnego utworu Aury - "Szepty nocy". Miałem jakiś problem z jego ukończeniem, chciałem żeby oddał klimat nocy i jednocześnie pasował, komponował się z muzyką.
Piosenka ukazuje świat pogrążony w nocnym śnie. Noc ma swój specyficzny klimat, często nie dostrzegamy jej piękna.
Aura - "Szepty nocy"
Światła latarni, gasnący płomień miast,
Ostatnie szepty, świat się położył spać,
W objęciach nocy, wędrując pośród gwiazd,
Tak zagubieni jak gdyby umknął czas.
Ref:
Twój ślad na mojej poduszce.
Twój ślad na mojej poduszce.
Na murach starych kamienic cień obrazy maluje,
Deszczowe podwórka - hipnotyzuje.
Elektrycznych wyładowań blask, magia świateł, ogień barw
Przez zamknięte oczy, widze taniec drzew,
i słyszę szepty nocy, szepty nocy.
Niech dobre duchy przez noc prowadzą Cię,
Niech ukołyszą i zabiorą tam gdzie chcesz.
Twój ślad na mojej poduszce,
już Cię nie opuszczę.
ZX Spectrum...
Mam w domu na półce schowane takie pudełko... Oryginalnie zapakowany ZX Spectrum... Pierwszy mój komputer, który kupił mi ojciec. Stare dobre czasy, giełda komputerowa w Katowicach na Gliwickiej. Byliśmy tam co niedzielę. Magia 48KB pamięci, coś niesamowitego. Cała ta ewolucja, a w gruncie rzeczy rewolucja jaka miała miejsce na przestrzeni lat mojego dorastania. Kolejny komputer to była Amiga, później Pecet, później do peceta dopalacz S3 Virge, wspólne spotkania z kumplami i zagrywaniu się w tytułu takie jak command&conquer, settlers, interstate 76, quake, unreal i inne tytuły. To było to. Dzisiaj trudno wytłumaczyć te czasy komuś kto pierwszy kontakt z grami "zaliczył" dzięki PS4.
Czekając na Zuzię...
Jak już pewnie zauważyliście, panuje tu lekki chaos. Jest to spowodowane prawdopodobnie ilością moich zainteresowań albo, będąc szczerym, wielkim niezdecydowaniem, czym tak naprawdę konkretnie się zająć. I tak caly czas szukam celu. Oczywiście postanowiłem zrobić sobie takie małe podsumowanie i priorytetyzacje zainteresowań. Na pierwszym miejscu jest oczywiście chęć tworzenia, czyli muzyka. Chcę dalej tworzyć, nagrywać, śpiewać i dzielić się tym z innymi. Wydaje mi się, ze naprawdę potrafię to robić i wychodzi mi to. Oczywiście głównie sprowadza się to do śpiewania, bo za cała twórczość muzyczna odpowiada mój brat. To on tworzy numery do których ja pisze tesksty i staram się śpiewać. No pomijając mój drugi muzyczny projekt w którym to mam przyjemność również być współtwórca muzyki. Ale o tym jeszcze będzie... Chciałem znaleźć również czas na kilka innych rzeczy no ale.... właśnie... pojawiło się coś co naprawdę już teraz odmieniło moje życie, a wiem, ze odmieni je jeszcze bardziej. Dowiedziałem się, ze będę ojcem. No fajnie.... ale 6-ty miesiąc, a ja... po prostu nie mogę się doczekać. Czuję, ze w końcu znajdę to czego cały czas szukałem. Już teraz wiem, nie będąc jeszcze ojcem, że bycie nim to chyba najlepsza rzecz na świecie która może mnie spotkać. Wiec wyczekuje, czekam i czekam.... I chciałbym żeby to było już...
Ciemne blokowisko...
Gdy probuje sobie przypomnieć początek naszej przyjaźni, to maluje mi się obraz szkoły podstawowej do której chodziliśmy, nie wszyscy do tej samej, i komputerów, a dokładnie gier komputerowych. Najpierw był ZX Spectrum, później wybrańcy mieli C64, następnie Amiga 500, no i w końcu pecety. To były magiczne czasy i magiczne doświadczenia, zwłaszcza z tymi nieco starszymi maszynkami. Brak internetu, zdobywanie gier i ich wymiana wśród znajomych, nawet na iglowej drukarce wydaliśmy pismo Games, traktujące o elektronicznej rozrywce. Co niedzielna wyprawa na giełdę komputerową, dziesiątki spiraconych tytułów i wspólne maratony do późnych godzin. Kupione płyty z kilkoma grami udostepnialismy na osiedlu, oczywiście wybrane tytuły i oczywiście za kasę. Za płytę dawaliśmy ok. 80zl co przy miesięcznym kieszonkowym w wysokości 50zl było nie lada wydatkiem. Zainteresowanych było wielu, lataliśmy z lista gier po osiedlu i instalowalismy wybrane tytuły w domu "klienta". Pierwszy mały i nielegalny biznes, ale satysfakcja była wielka. I tak leciały miesiące, lata... Co chwile ktoś miał lepszy sprzęt, bo rodzice na gwiazdkę kupili lepszy procesor, kartę graficzna czy tez dokupili trochę pamięci. Pamięta jak dziś podniecenie pierwsza karta graficzna a dokładnie dopalacz grafiki wspomagający obsługę 3D. No ale sprzęt się bardzo szybko starzał, dzisiaj krolowales na osiedlu, za miesiąc twój procek już się postarzał bo wyszła wersja 25MHz szybsza. Wiec na tamte czasy inwestowanie w kompa było studnia bez dna dla dzieciaków takich jak my. Ale do dzisiaj pamietam jaki byłem dumny jak tylko u mnie jakaś nowa gra chodziła płynnie i to w najwyższej rozdzielczości. A co to było jak przesiedlismy się z dyskietek 3,5 cała na płyty kompaktowe. Rywalizowaliśmy kto ma lepszy CD-ROM. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, ze to były piękne czasy. Nie wspomnę o ilości połamanych joysticków przy spotkaniach "klanu siedmiu" i namiętnym zagrywaniu się w Mortala. No i wtedy wydarzyło się coś co zmieniło nas na zawsze...
Znowu blokiem zatrzęsło, trochę mocniej.
- Szkody górnicze kurwa - mruknął Seba. - Ten blok się rozpierdoli niedługo - dodał ze śmiechem.
- Dobra, odpalamy sprzęt i gramy bo szkoda czasu - skwitował Rafał.
Na pierwszy ogień poszedł Duke Nukem. Rozegraliśmy kilka pojedynków aż w pewnym momencie wywaliło prąd i zapadła ciemność, nie tylko w bloku ale na całym osiedlu.
W jednym z bloków, w czymś na kształt suszarni, urządziliśmy swój klub, siłownie, miejsce do którego czasami udało się sprowadzić panienki itd. Wtedy akurat był okres wakacyjny, a my postanowiliśmy zabrać z domów nasze komputery, połączyć się po kablu i namiętnie zagrywać się po sieci w tytuły takie jak Duke Nukem czy Quake. Oczywiście postanowiliśmy spędzić tam cały weekend. Problemy logistyczne, przenoszenie sprzętu, tłumaczenie się rodzicom, trwały pół dnia ale w końcu dopięliśmy swego. Zaopatrzeni w jedzenie i piwo, podnieceni całym wydarzeniem rozpoczęliśmy jeden z fajniejszych weekendów w naszym życiu. Przynieśliśmy także sprzęt grający, a żeby zrobić trochę klimatu, postanowiliśmy obejrzeć jakiś horror. Pogoda za oknem dodawała dodatkowego uroku, strasznie wiało, komin z kotłowni, widoczny z okna suszarni dość groźnie kiwał się na wietrze i skrzypiał. Przez zalane deszczem szyby widać było tylko majaczące światła latarni na osiedlu. Jakiś facet spacerował z psem i był tak samo mokry jak jego pupil. Blok delikatnie zadrżał, stara winda zaczęła głośno huczeć przesuwając się po wykrzywionych prowadnicach. Już dawno mieli ja wyremontować, a ten kto dopuścił ja do użytkowania był albo bardzo nieodpowiedzialny albo zdrowo pierdolniety. Dlatego na 11 piętro do naszej suszarni ścigaliśmy się schodami. Tłumaczyliśmy to sobie jako trening po wielu godzinach siedzenia na dupie przed kompem.
Znowu blokiem zatrzęsło, trochę mocniej.
- Szkody górnicze kurwa - mruknął Seba. - Ten blok się rozpierdoli niedługo - dodał ze śmiechem.
- Dobra, odpalamy sprzęt i gramy bo szkoda czasu - skwitował Rafał.
Na pierwszy ogień poszedł Duke Nukem. Rozegraliśmy kilka pojedynków aż w pewnym momencie wywaliło prąd i zapadła ciemność, nie tylko w bloku ale na całym osiedlu.










